Wikingowie – wiadomo. Tacy trochę ”kibice”, tylko z narzędziami i własnym środkiem transportu zbiorowego. U siebie raczej spokojni, ale na wyjazdach straszni, o czym przekonali się zwłaszcza mieszkańcy Anglii, Galii, Italii i innych krain, grających w średniowiecznych pucharach…
Wikingowie – wiadomo. Tacy trochę ”kibice”, tylko z narzędziami i własnym środkiem transportu zbiorowego. U siebie raczej spokojni, ale na wyjazdach straszni, o czym przekonali się zwłaszcza mieszkańcy Anglii, Galii, Italii i innych krain, grających w średniowiecznych pucharach.
Z czasem Wikingowie zaczynali osiedlać się na odwiedzanych terenach, aczkolwiek ich rola w powstawaniu miejscowych federacji futbolowych nie została jeszcze zbadana przez historyków. Poza tym Norwegia to pamiętne 3:2 w meczu eliminacji Mistrzostw Świata, człowiek śniegu czyli Bjoern Daehlie, pełna swoistego uroku komedia ”Dead Snow” i Narvik, w którym ”o wolność waszą i naszą” uskuteczniała Samodzielna Brygada Strzelców Podhalańskich i niedaleko którego Niemcy zatopili nam ORP ”Grom”.
Skoro ”Grom”, to właśnie pucharowym grom polsko-norweskim przyjrzymy się dzisiaj. Nie było tego dużo, a w świadomości kibicowskiej jako ta drzazga smolna tkwi przede wszystkim dwumecz Wisły z Vaalerengą Oslo. To znaczy, tkwił – w tym roku Wisła grała przecież z Levadią Tallin i są szanse, że nie tylko o Vaalerendze, ale nawet o Dinamie Tbilisi nikt już nie będzie pamiętał.
Zanim jednak przejdziemy do gablotki, w której umieszczono opadnięte szczęki zawodników Wisły i głuchy, drwiący śmiech pokoleń – wyprawa w daleką przeszłość.
Jest rok 1975. I sekretarzem PZPR jest Edward Gierek, reprezentacja Polski, jest trzecią drużyną świata, na ekranach amerykańskich kin Roy Scheider i Richard Dreyfuss dają popalić wielkiemu rekinowi, Polskie Radio emituje tysięczny odcinek ”Matysiaków”, a piłkarski Puchar Polski zdobywa Stal Rzeszów. Nadmieńmy, że zdobywa po emocjonującym meczu i serii rzutów karnych, w których 3:2 pokonuje rezerwy ROW Rybnik i naprawdę nie ma się z czego śmiać. Sport, proszę Szanownej Wycieczki, i całe jego piękno.
Jak pisał William Szekspir: ”There are more things in heaven and earth, Horatio, than are dreamt of in your philosophy” co w wolnym tłumaczeniu na język polski oznacza: ”Ojacie, Horacy, Stal Rzeszów gra w Pucharze Zdobywców Pucharów”.
W pierwszej rundzie Stal trafiła na norweski FC Skeid. Dokonania klubu musiały w Rzeszowie budzić szacunek. Stal miała przecież tylko ten Puchar Polski, a Skeid Puchar Norwegii zdobywał trzykrotnie, a siedem razy był mistrzem kraju. Niepokój zwiększała konieczność godzenia rozgrywek pucharowych z ligą i przyjście do klubu nowego trenera. Niby był nim Zenon Książek ze Stali Mielec (a co wtedy znaczyły słowa ”Stal Mielec” może jedni wiedzą, a niektórzy nawet pamiętają), ale zawsze to zamieszanie, co przed ważnym meczem dobrze nie wróży.
Pierwszy mecz rozgrywano w Norwegii i może gdzieś w ichnich archiwach zachowały się nagrania z tego spotkania. Warto byłoby zobaczyć, jak piłkarze z Rzeszowa rozjeżdżają FC Skeid 4:1, przez 90 minut rządząc na boisku i dopiero w końcówce mrugając do gospodarzy: ”No, macie, strzelcie sobie, żebyście nie mówili, że jesteśmy okrutni” (bramkę 89 minucie zdobył Skjoensberg). Rzeszów, który jeszcze nie oprzytomniał po zdobyciu pucharu, tym razem popadł w ciężkie osłupienie, mieszkańcy szczypali się nawzajem, a co bardziej niewierni tłumaczyli sobie wynik meczu pomyłką mediów. ”Na pewno było odwrotnie” – mamrotali, chroniąc w ten sposób swój intymny mały świat przed trzęsieniem ziemi.
Piłkarze Stali postanowili udowodnić, że żadnych pomyłek nie było, że to naprawdę oni, proszę bardzo, pokazujemy się do kamery numer dwa, a teraz czas na spektakl pt. ”Tak się strzela cztery bramki Norwegom”. Kozerski (bohater pierwszego spotkania) w siódmej minucie, Miller w szesnastej, Krawczyk w czterdziestej trzeciej i publiczność oszalała ze szczęścia. W drugiej połowie na 4:0 podwyższył Napieracz, a Norwegowie wybuchnęli płaczem i oznajmili, że chcą do domu.
Niestety na tym pucharowe sukcesy Stali się skończyły – granie w lidze i w pucharach okazało się ponad siły zawodników, wtopili parę meczy w ekstraklasie, w II rundzie PZP przegrali z walijskim Wrexham 0:2, w rewanżu zremisowali 1:1 i odpadli z dalszych rozgrywek.
Kolejne pucharowe spotkanie polsko-norweskie miało miejsce w 1981 roku. Edward Gierek już nie był sekretarzem, a Roy Scheider wykończył swojego drugiego rekina trzy lata wcześniej. Ale przynajmniej puchar był ten sam – Puchar Zdobywców Pucharów. Legia Warszawa trafiła na Vaalerengę Oslo. Kibice z Łazienkowskiej przekonani, że spoko-Maroko, przejedziemy im po grzbietach, musieli uzbroić się w cierpliwość – w pierwszym meczu Legia zremisowała 2:2 po bramkach Mirosława Okońskiego i Stefana Majewskiego i choć przed rewanżem w Warszawie była w lepszej sytuacji, to jednak nic jeszcze pewne nie było. Nie wiadomo, czy trener Legii zrobił swoim zawodnikom prasówkę i czytał im na dobranoc o wyczynach Stali Rzeszów, ale coś chyba było na rzeczy – legioniści rozjechali Norwegów 4:1, już po sześciu minutach prowadząc 2:0 (Baran w pierwszej minucie i Adamczyk w szóstej). Potem Legia przeszła jeszcze Lausanne, by odpaść z PZP w dwumeczu z Dinamem Tbilisi.
Cztery lata później w pierwszej rundzie pucharu UEFA Legia Warszawa trafiła na drużynę Viking Stavanger. Piłkarze doszli do wniosku, że nerwów na loterii nie wygrali, nie ma co czekać z rozstrzygnięciami do meczu rewanżowego, zróbmy to raz i porządnie. Przy wtórze śpiewów 10 tysięcy kibicowskich gardeł Legia wygrała w Warszawie 3:0 (bramki strzelali: Dziekanowski, Arceusz i Buda) i do Norwegii pojechała już tylko z obowiązku. Potomkowie dumnych Wikingów zremisowali u siebie 1:1 (1:0 – Hammer w 52. minucie, 1:1 – Dziekanowski w 74.), z czego ucieszyli się ich rodzice i ukochane dziewczyny oraz zawodnicy Legii, bo remis dawał im spokojny awans.
Rok 1995 pamiętają wszyscy lub prawie wszyscy – Legia Warszawa w Lidze Mistrzów. Ba! W fazie grupowej Ligi Mistrzów! Zaczęło się bardzo obiecująco – Legia podejmowała u siebie Rosenborg Trondheim i pokazała, że potrafi walczyć. Pół godziny przed końcem meczu, przy stanie 0:0 sędzia Adrian Porumboiu (nie mamy szczęścia do rumuńskich arbitrów) podyktował rzut karny, który na bramkę zamienił Jakobsen. Minutę później było już 1:1 – Leszek Pisz w swoim stylu, mocnym strzałem z dystansu władował piłkę do norweskiej bramki. Minęło pięć minut i bramkarz Norwegów wykonał numer przy którym wyczyny Mariusza Pawełka to małe miki z lukrowaną wisienką – po strzale Stańka wypiąstkował piłkę do góry, odwrócił się, wyskoczył, wyciągnął ręce i złapał… poprzeczkę. A piłka spokojnie ześlizgnęła mu się po nosie i wpadła do bramki. Pogubionych Norwegów strzałem z rzutu wolnego dobił Leszek Pisz i Legia objęła przodownictwo w swojej grupie.
W rewanżu, niestety, już tak wesoło nie było. Legia próbowała grać, ale w graczach z Trondheim odezwały się geny prapraprapradziadków z toporami i roznieśli warszawiaków 4:0. Jeszcze pierwsza połowa dawała jakieś nadzieje, bo Legia przegrywała tyko 0:1, ale potem gol do szatni i było pozamiatane – Norwegowie kontrolowali grę, kontrowali i dołożyli jeszcze dwa gole. Co jednak nie rzutowało, bo w ogólnym rozrachunku Legia i tak zagrała w 1/4 finału Ligi Mistrzów.
Ostatnim polsko-norweskim pojedynkiem pucharowym był dwumecz Wisły Kraków z Vaalerengą Oslo. Kultowy, chciałoby się powiedzieć, ale od paru dni to określenie powinno być zarezerwowane dla pojedynku z Levadią. Zaczęło się od wojny nerwów – dyrektor Vaalerengi, pytany przez dziennikarzy o szanse swojej drużyny, miał stwierdzić, że ”istnieje ogromna różnica między np. Liverpoolem a drużynami traktorzystów z Europy Wschodniej”. W Krakowie zawrzało, sypnęły się teksty o drwalach, emocje zaczęły wrzeć, a radykałowie postulowali zmianę tytułu baśni o Wandzie na ”…co nie chciała Norwega i miała całkowitą rację”!
W pierwszym meczu padł bezbramkowy remis, ale kibice Wisły uspokajali: rewanż gramy u siebie, oczarujemy ich pięknem Krakowa, oszołomimy gościnnością, ogłuszymy dopingiem i, normalnie, wióry. Piłkarze norwescy okazali się jednak odporni – grali swoje: solidną obronę, wyczekiwanie na kontry (po dwóch mieli naprawdę niezłe okazje na bramkę). Wisła biła głową w mur – zamiast strzelać z dystansu, próbowała wjechać z piłką w pole bramkowe i symulować faule w polu karnym itd. Wisła była wyraźnie lepsza… do 16 metra. Potem była bezradna.
Dogrywka nie wyłoniła zwycięzcy – trzeba było zdać się na loterię rzutów karnych. Głowacki – gol, Rekdal – gol, Paszulewicz – gol, Hansen – gol, Frankowski – gooooooranyboskie Bolthof broni! Nie broni natomiast Piekutowski i Edvardsen podwyższa na 2:3 dla Vaalerengi. Na stadionie Wisły słychać rytmiczne dudnienie – to kibice osiągnęli poziom tętna 250/250 z tendencją wzrostową. Szymkowiak nie trafia w bramkę [odgłosy stadionowe zostają ocenzurowane - sekcja ''gore'' drugie drzwi na lewo]. Piekutowski broni strzał Bolthofa, Żurawski strzela na 3:3… Ostatni strzał mają gracze Vaalerengi… do piłki podchodzi Bohinen…
Przepraszam bardzo, a pan czemu taki blady? Tak, pan, do pana mówię. Pot na czole, ręce się panu trzęsą… Spokojnie, spokojnie. Przecież to mecz sprzed paru lat i wszyscy wiedzą jak się skończył. Proszę głęboko oddychać… zrobimy relaksacyjne ”ommmm”… Już? Mogę dalej?
Bohinen, oczywiście, trafił i do dalszych gier awansowała Vaalerenga. Drwale okazali się skuteczniejsi od traktorzystów, ale to pewnie dlatego, że każdy Wiking nosi w plecaku topór po dziadku. Oraz dlatego, że kiedy drwal spotyka drzewo…
5 pojedynków, 10 polsko-norweskich spotkań. 5 razy wygrywali Polacy, cztery razy remisowali, raz wygrała drużyna norweska. Trzykrotnie polskie zespoły wychodziły z pojedynków zwycięsko, raz dwumecz był w plecy, ale i tak awansowaliśmy, a raz wypadło na remis, ale odpadliśmy. 21 bramek strzelonych, 11 straconych. Nie jest źle, proszę Szanownej Wycieczki.
Andrzej Kałwa
Poligon to rubryka Z czuba.pl w której Andrzej Kałwa pisze o polskiej ligowej rzeczywistości, która jaka jest – każdy widzi, a niektórzy nawet sądzą, że ją rozumieją.
Fot. Cezary Aszkiełowicz / AG
Źródło: zczuba.pl








